O przyjmowaniu Komunii Św. i o Adwencie

Drodzy Bracia!

Pomocą w odprawieniu adwentowego dnia skupienia mogą być cztery nauki sługi Bożego księdza proboszcza Aleksandra Woźnego. Jedna z nich była wprost adresowana do księży. Pozostałe były przeznaczone przede wszystkim dla wiernych świeckich. Może także dzisiaj zdumiewać ich aktualność i niezwykła głębia. Warto je ze spokojem, modlitewnie przeczytać – mogą być kanwą rozmyślania.

Zapraszam też na specjalną stronę internetową: www.aleksanderwozny.archpoznan.pl/

Bardzo Was proszę, propagujcie osobę i nauczanie ks. Aleksandra Woźnego, módlcie się za przyczyną sługi Bożego o cud za jego wstawiennictwem. Proces beatyfikacyjny zarówno na etapie diecezjalnym jak i rzymskim został pomyślnie ukończony. Przygotowane „Positio” czeka na rozpatrzenie przez komisję teologów i kardynałów. Jeśli dojdzie do cudu – wówczas bardzo przyspieszy sprawa beatyfikacji. Wielu zgłasza łaski uzyskane za przyczyną ks. Aleksandra, ale nie ma jeszcze cudu, który można by przedstawić komisji lekarskiej w Polsce i w Watykanie.

Zainteresowanym Księżom możemy dostarczyć wydrukowane obrazki z tą modlitwą do rozdawania wiernym.

 

Modlitwa o beatyfikację Sługi Bożego ks. Aleksandra Woźnego

 

Boże, Ojcze wszystkich ludzi, Ty w pełni cza­su posłałeś do nas Swojego Syna i rozproszone dzieci Twoje mocą Ducha Świętego gromadzisz w jedno, Ty, w każdym czasie wzywasz ludy i narody, aby oczyszczone we Krwi Baranka przeszły z wielkiego ucisku do Twojej chwały. Dziękujemy Ci za to, że dałeś Kościołowi gor­liwego kapłana, księdza Aleksandra Woźnego, który przez duchowość dziecięctwa prowa­dził wiernych drogą do świętości. Przez na­śladowanie Chrystusa, zawierzenie Matce Najświętszej, modlitwę i ascezę ukazał żywy obraz miłosiernego Ojca, pochylającego się nad każdym człowiekiem, jako swoim umiło­wanym dzieckiem. Udziel nam, za jego przy­czyną, zgodnie z Twoja wolą, tej łaski, o którą z nadzieją prosimy, aby Twój Sługa, kapłan Aleksander Woźny został zaliczony w poczet błogosławionych Kościoła świętego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Wybór tekstów sługi Bożego o Eucharystii

 

Ks. Aleksander Woźny pozostawił wiele nauk na temat Eucharystii, przyjmowania Komunii św. Wygłosił rekolekcje dla parafian (lata siedemdziesiąte XX wieku – dokładna data nieznana) całe poświęcone eucharystii. Ich tytuł: „Wielka uczta”. Oto niektóre fragmenty:

 

O intencji przyjmowania Komunii św.

Cieszę się bardzo, że mi Pan Bóg pozwolił dziś ten temat mówić. Popełniłem bowiem jako duszpasterz jeden błąd: zachęcałem do częstej Komunii św., a nie wyjaśniłem dostatecznie warunków jej godziwego przyjmowania. Pragnę to naprawić.

Co nie jest intencją i jaka intencja nie jest potrzebna do Komunii św.?  Pamiętam z moich młodych lat, że mówiono mi zawsze iż przed każdą Komunią św. trzeba sobie „wymyślić” jakąś intencję, gdyż w przeciwnym razie nie otrzyma się potrzebnych łask. Taka intencja jednak nie jest potrzebna  i gdyby ktoś miał tylko taką konkretną intencję (zdrowie, posadę, dusze czyśćcowe) to taka intencja nie byłaby z pewnością najlepsza, a taka Komunia św. nie byłaby całkiem dobra. Intencja, to jest cel, dla którego przyjmuję Komunię św., to jest pobudka tego przyjmowania, to jest powód dla którego przystępuję do Komunii św. Intencja musi być czysta, to znaczy nie pomieszana z innymi. Podobnie o złocie mówimy, że jest czyste, jeśli nie ma w nim żadnych domieszek. Co jest czystą intencją? Określił ją Pan Jezus słowami:  Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim (J 6,56). A więc czystą intencją jest to, aby Pan Jezus mieszkał we mnie, a ja w Nim. Dalej czytamy: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53). Powinienem zatem pragnąć, abym miał w sobie życie pełne czyli wzrost łaski uświęcającej.  Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym(J, 6,54).

Pan Jezus przyrzeka, jako skutek Komunii św. wskrzeszenie w dzień ostateczny. Jeżeli ktoś chce przyjmować Komunie św. z czystą intencją, to powinien  o tym wszystkim pamiętać.  Te inne „konkretne” intencje można przy tej okazji tylko dodać. Właściwą pobudką, która nas „popycha” do Komunii św., najczystszą intencją, jest Sam Pan Jezus, Jego Osoba, nasza miłość ku Niemu.

 

To, czy Pana Jezusa kochasz, czy nie, możesz poznać po tym, czy rzeczywiście pragniesz Komunii św.  Jednym z najtrudniejszych moich przeżyć w więzieniu było to, że nie mogłem dostrzec, czy mi rzeczywiście zależało na przyjęciu Komunii św. czy nie. Miałem przecież cały dzień czas na modlitwę, nikt mi nie przeszkadzał, gdyż cały miesiąc byłem sam, a mimo to nie potrafiłem sobie uświadomić, czy pragnę Pana Jezusa, czy nie.

Czy kochasz Pana Jezusa, czy nie, poznaje się po tym, czy Go pragniesz. Czy praktycznie układamy sobie życie tak, aby Go móc przyjąć? Nie umiem nic więcej na ten temat powiedzieć, ale niech to będzie przedmiotem waszej rozmowy z Panem Jezusem. Co byście byli gotowi dać, jaką ponieść ofiarę w zamian za przyjęcie Komunii św.? Czasem człowiek tego nie wie, nie ma sprawdzianu. Sprawdzianem obiektywnym jest miłość bliźniego. Pan Jezus jest obecny w bliźnich w sposób tajemniczy, choć nie mniej rzeczywisty, nawet w człowieku grzesznym, żyjącym bez łaski uświęcającej. Pan Jezus do nas przemawia przez bliźnich, nawet przez wrogów i nieprzyjaciół. To nie jest „jakoby”, ale naprawdę. Stosunek do bliźniego jest sprawdzianem miłości Boga. Pan Jezus sam to określił słowami: Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! (Mt 5, 23).

 

O dziękczynieniu po Komunii św.

Odchodząc z proszonej wizyty, zwracamy się do gospodarzy z grzecznościową formą: „Może Państwo i do nas będą łaskawi zaglądnąć, bardzo prosimy.” A czy po Komunii św. pamiętamy, aby Pana Jezusa też do nas zaprosić, prosić, aby z nami poszedł do naszego domu i aby tam czuł się tak dobrze, jak my u Niego. Przedstawmy Mu naszą żonę czy męża, nasze dzieci, znajomych. Pokażmy Mu nasze  mieszkanie, powiedzmy o wszystkich naszych sprawach. Ułóżmy z Panem Jezusem po Komunii św. plan dnia, powiedzmy może: „Teraz pojedziemy tramwajem do pracy,  potem pójdziemy tam i tam”. Może w pracy jest jakiś kolega nieprzychylny nam? Poprośmy Pana Jezusa, aby nas pouczył, jak z nim postępować, abyśmy mimo wszystko byli dla niego dobrzy. Może mamy jakieś inne zmartwienia? Poradźmy się co czynić, prośmy o pomoc, o światło, o radę.

Sposób, w jaki przeżyjemy cały dzień, będzie nam odpowiedzią, czy nasza poranna Komunia św. była dobra, czy nie.

 

Wczesna Komunia św. dzieci

Niektórzy ludzie gorszą się, że małe dzieci dopuszczamy do Komunii św.. Żądają od tych dzieci tak wielkiego przygotowania, tak skupionego dziękczynienia, jakiego nie wymagają od siebie. Wczesną Komunię św. dzieci zawdzięczamy Piusowi X, który został niedawno kanonizowany, gdy udowodniono dwa cuda po jego beatyfikacji, dokonane za jego wstawiennictwem. Pius X bardzo zasłużył się Kościołowi przez to, że pozwolił małym, niewinnym dzieciom przyjmować Komunię św. Jeśli Pan Jezus mnie znosi, to też między innymi dlatego, że zawsze głosiłem wczesną Komunię św.

Kiedyś przyszła do biura parafialnego matka bez ślubu kościelnego i prosiła, by synkowi jej siedmioletniemu, który koniecznie chce przystąpić do Komunii św. wytłumaczyć, że to jest niemożliwe. Chłopiec był bardzo inteligentny. Gdy pytałem go, na przykład jak to jest możliwe, by w małej Hostii był cały Pan Jezus, by mieszkał w tabernakulum, opowiedział, że to możliwe, bo Pan Jezus jest wszechmocny. Chłopiec był pierwszorzędnie przygotowany przez matkę. Powiedziałem matce: „Niech Pani da dziecku swą zgodę, a ono pójdzie do wczesnej Komunii św. Matka nie zgodziła się. Po czterech miesiącach zgłosiła go na naukę przygotowawczą i okazało się, że chłopiec już zapoznał się z grzechem, i z wszystkich dzieci był najgorszy. Przyjmowanie Pana Jezusa w Komunii św. to rzecz bardzo indywidualna. Dlatego proszę was, gdy doradzę, by dziecko czekało na przyjęcie tego sakramentu – posłuchajcie mnie.

 

Na zakończenie rekolekcji „Wielka uczta” medytacja do słów Ciało Chrystusa – Amen

 

Ciało Chrystusa to:

Zjednoczenie z nieskończonym Bogiem

Bóg oddaje się tobie

Jakiż musisz być czysty, pokorny, nie zajmujący się sobą

Jakie zobowiązania zaciągasz

Jaką miłością masz zapłonąć

Jaką wdzięcznością

Jakim posłuszeństwem wobec Jego woli, pragnień, natchnień

 

Twoja odpowiedź: Amen

Niech tak będzie

Wierzę, ufam

Wiem, co chcę czynić

Do czego się zobowiązuję

Niech On mnie zabierze, pochłonie

Chcę się oddać, jak On się mnie oddaje

On nie czyni zastrzeżeń

Staje się moim pokarmem

Pozwala się wykorzystać

Chcę więc wzajemnie pozwolić się wykorzystać

Nie chcę czynić zastrzeżeń

Chcę być z Nim razem na zawsze

Nie chcę mieć osobnego, własnego życia

Chcę Go doskonalej poznać

Złączyć się z Nim

Dążyć do jednego celu

Mieć wspólne smutki i radości, walki i zwycięstwa

Z Nim wspólnie życie przeżyć

Chcę się przygotować do absolutnej z Nim jedności w wieczności

która nie będzie niczym zakłócona, rozdzielona

– to jest twoje Amen.

 

Dwa fragmenty z innych kazań i nauk:

 

Z kazania „O rozważaniu i stosowaniu Ewangelii”

 To, o czym tutaj mówimy, zrozumie tylko ten, kto będzie chciał zacząć według tego postępować. Jeśli nie będziesz tego chciał, jeśli nawet nie będziesz chciał spróbować, to niczego z tego nie zrozumiesz. Ja też staram się tak postępować i jeśli na przykład mówię wam, że prośby bliźnich należy spełniać, to sam to czynię. Kiedyś otrzymałem list z podpisem: „Grono starszych panów z parafii”. W liście tym parafianie ci pisali, że jestem za mało inteligentny na tę parafię i nie umiem mówić kazań, które właściwie są tylko dla kobiet. Bo ciągle mówię o Komunii św., a to wszystko jest na nic, bo kobiety i tak się nie poprawią. Ci panowie uważali zdaje się, że Komunia św. jest tylko dla kobiet, a nie dla nich. Uważali, że jestem na tyle uczciwy, że przyznam się do swej nieudolności, pójdę do biskupa i poproszę o przeniesienie na jakąś małą wiejską parafię.  Nie łatwo jest znieść taki list. Zauważyłem, że list ten jest bez podpisu, to znaczy, że tchórzami są ci, którzy go pisali. Ale później całą sprawę oddałem Panu Bogu i powiedziałem, że właściwie ci parafianie mają trochę racji. Jeżeli często mówię o Komunii św., to czynię to dlatego, że Pan Jezus pragnie, ażeby ludzie do Komunii św. przystępowali. W ostatnich czasach zrozumiałem jednak, że nie można zachęcać do Komunii św., nie zachęcając jednocześnie do miłości bliźniego, bo Komunia św. jest bezskuteczna dla tego, kto nie kocha bliźniego. W liście była jeszcze druga prośba dotycząca zmiany parafii przeze mnie. Otóż, wydawało mi się, że jestem tutaj na swoim miejscu, bo władze kościelne tu mnie przydzieliły. A poza tym przekonałem się, że się do was przywiązałem, bo kiedy mnie aresztowano, było mi bardzo przykro was opuścić. Jednak pamiętając o życzeniu parafian zawartym w liście, nie przyjechałem do parafii, gdy mnie z więzienia zwolniono, lecz pojechałem do księdza biskupa z zapytaniem, co mam dalej czynić? Usłyszałem: „Niech ksiądz wraca do parafii” – więc wróciłem i pomyślałem: mam tu być. Mówię to, bo chciałem wam praktycznie pokazać, że jeśli Pan Bóg chce, to możemy wszystko wykonać. I moje kazanie ma sens, jeżeli będziecie się starali wykonać to, co ono wam nasuwa. Proszę was, spróbujcie miłować Boga z całej myśli waszej. Z początku może nie będzie wam się to udawało, ale nie zrażajcie się i nie zniechęcajcie. Spróbujcie!

 

Z nauki: Przygotowanie do Komunii św. (17.01.1960 – cykl comiesięcznych nauk dla często komunikujących głoszonych od 1953 do 1983)

 

Wykorzystanie obecności Boga w Eucharystii polega na tym, że możemy osiągnąć wszystkie te korzyści, które osiągnęlibyśmy, gdybyśmy stali pod krzyżem i ofiarowali Pana Jezusa, tak świadomie, jak wtedy mało kto umiał, bo zaledwie Najświętsza Maryja Panna i może trochę św. Jan, Maria Magdalena i ci, którzy stali pod krzyżem. Jeżeli nie osiągamy korzyści, to tylko nasza wina.

—-

Owocem naszego dzisiejszego rozważania niech będzie też nawiązanie szczególniejszego kontaktu z naszym Aniołem Stróżem. Prośmy go, aby nam przypominał o wykorzystywaniu Komunii świętej sakramentalnej, aby nas pobudzał w ciągu dnia do aktów miłości, które jeżeli będą krótkie, to może nie będą zasługiwały na nazwę Komunii pragnienia, ale w istocie każdy akt miłości wzbudzony w ciągu dnia po Komunii sakramentalnej jest taką jakby skróconą Komunią świętą pragnienia. Nasza umowa z Aniołem Stróżem, nasza wierność wszystkim jego przypominaniom na ten temat, może być bardzo pożyteczna i wtedy tak będzie, że Komunia święta nie skończy się, chociaż będziemy musieli wyjść z kościoła do naszych obowiązków. Anioł Stróż coraz częściej będzie nam przypominał, że rano przyjęliśmy Pana Jezusa i wtedy nastąpi przedłużenie niejako Komunii świętej. Praktycznie Komunia święta nie skończy się, będzie tylko zewnętrznie przerywana przez różne sprawy, którymi będziemy musieli się zajmować. Przez wierność wskazówkom Anioła Stróża można dojść do tego, aby wcale nie przerywać Komunii świętej przez cały dzień.

 

Pozdrawiam serdecznie ks. prob. Wojciech Mueller, postulator procesu

Cóż masz, czego byś nie otrzymał – 1 Kor 4,7

(nauka z rekolekcji „Żebyś nie musiał żałować…“).

 

Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych (Mt 11,29).

Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym. Jak Syn Człowieczy nie przyszedł, żeby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mt 20,26-28).

Co do was nie ma być tak; lecz największy mię­dzy wami niech będzie jak najmłodszy, a przełożony jak sługa. Bo kto jest większy? Ten, co siedzi za sto­łem, czy ten, co służy? Czyż nie ten, co siedzi za sto­łem? Otóż Ja jestem pośród was jak ten, co służy (por. Łk 22,26-27).

Wszyscy zaś wobec siebie wzajemnie przyob­leczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje (1 P 5,5).

Mnie, zgoła najmniejszemu ze wszystkich świę­tych, została dana ta łaska: poganom zwiastować ja­ko Dobrą Nowinę, niezgłębione bogactwo Chrystu­sa (Ef 3,8).

Na jakiej zasadzie będzie się opierał wyrok, który usłyszysz na sądzie szczegółowym? Że jesteś niczym! Czy to nie przesada? Czy to nie błąd po prostu? Przecież Pan Bóg mnie stworzył, powołał z nicości do bytu, do życia, a więc zrobił mnie „czymś”. Uczy­nił mnie osobą ludzką „na obraz i podobieństwo Swoje”. Otóż to: Pan Bóg uczynił, ale sam z siebie jesteś niczym. Wszystko, co w tobie ma cechę istnienia, rze­czywistości, prawdy, dobra, a nawet jakiś ślad piękna – jeśli w tobie jest – wszystko masz od Boga, a z sie­bie  – nic. Ale trzeba stwierdzić, że jest jeszcze gorzej, bo mogłeś mieć więcej, mogłeś być lepszy, mogłeś być doskonalszy, a nie chciałeś i za to właśnie jesteś odpowiedzialny. Ta prawda, ta zasada stanie przed twymi oczami zupełnie jasno. Teraz wolałbyś nie patrzeć na nią, nie chciałbyś o tym myśleć, teraz chciałbyś o tym zapomnieć. A jednak, jeśli tej pra­wdy nie uznasz, zanim się nie odbędzie nad tobą sąd, to będziesz ją musiał uznać właśnie wtedy, kiedy ona zostanie ci tak jasno podana do wiadomości, że już nie będziesz mógł od niej odwrócić swoich oczu. Bę­dzie ona dla ciebie bolesna tak długo, aż jej nie uz­nasz, tzn. tak długo będziesz musiał się oczyszczać.

Z czego? Z tego przypisywania sobie czegoś, cze­go nie masz, z tego, że chciałeś coś Panu Bogu za­brać, coś, co jest Jego niepodzielną własnością, a ty chciałeś to sobie przywłaszczyć; z tego, co się nazy­wa istotnie pychą. To jest pycha skierowana ściśle przeciwko Panu Bogu i to jest pycha w ścisłym zna­czeniu tego słowa. Potem są jeszcze inne odmiany pychy, np. w stosunku do ludzi, tzn. gdy ktoś chce mieć zawsze rację i uważa, że ma rację. Gdy ktoś chce mieć zawsze swoją wolę i żąda, żeby się stało to, co on chce. Gdy ktoś chce być chwalony, chce, żeby o nim dobrze mówiono, chce mieć do wszyst­kiego prawo, prawo do wszelkiego bogactwa.

Czy wobec tego nie jest lepiej uznać już teraz w całej pełni tę prawdę i tę zasadę, że jesteś ni­czym?

Dalej, choć to cię zaboli, powinieneś najszczerzej powtórzyć za św. Filipem Nereuszem: Gdyby nie miłosierdzie Boże, popełniłbym najgorsze grzechy. Czy mógłbyś tak na serio powiedzieć, że popełnił­byś gorsze grzechy niż ci wszyscy, od których uwa­żasz się za kogoś lepszego, za istotę doskonalszą, in­teligentniejszą, lepiej wychowaną, bardziej zasłużo­ną itp.?

Posłużmy się przykładami, żeby nie rozważać tyl­ko teoretycznie. Mówisz np. o kimś: „to jest chuli­gan” albo „to jest pijak”. Ja jestem lepszy od niego, bo nigdy nie chuliganię i jeszcze nigdy się nie upi­łem. Kolejne przykłady: „To jest rozwodnik, rozwód­ka, a więc ktoś gorszy ode mnie”, „to jest złodziej”, więc można powiedzieć, że jest człowiekiem pod­łym – ja nie; „to jest taka, która podsłuchuje pod drzwiami”, „to jest plotkarka”, „to są tacy ludzie, któ­rzy wcale nie chodzą do kościoła”, „on mi kiedyś zwrócił na coś uwagę”.

Może ty tego nie powiedziałeś, że oni są gorsi, ani nawet tak nie pomyślałeś formalnie, nie wyrazi­łeś takiego zdania, wewnętrznie nawet nie pomyśla­łeś, że to jest ktoś gorszy od ciebie, ale to wynika z całej twojej postawy wobec tych ludzi. To wynika z tego, jak na nich patrzysz, jakim tonem się do nich odzywasz. Tego się nie ukryje, to jest jasne. Jes­teś np. niezadowolona, że nie możesz się tak ubrać, jak się ubiera koleżanka, a przecież tobie by przede wszystkim zależało na ładnym ubiorze; jesteś nieza­dowolony, że ktoś za mało uwagi zwraca na wyniki twojej pracy albo niepewnie wchodzisz do jakiegoś towarzystwa, w którym się znajduje twój rywal. Twoje ruchy stają się wtedy sztywne, twój wzrok jest płochliwy, głos ci drży albo na odwrót, zacho­wujesz się nonszalancko, zbyt głośno mówisz, nie dopuszczasz innych do słowa. Te wszystkie objawy to dowód, że ty tak naprawdę jeszcze nie przemyśla­łeś przytaczanego już zdania św. Filipa: Gdyby nie miłosierdzie Boże, popełniłbym najgorsze grzechy, gorsze od wszystkich ludzi, którzy są dokoła mnie.

Ludziom, którzy oswajają się z Bogiem, z Naj­świętszym Sakramentem, którzy chcą obcować z Pa­nem Bogiem tak zupełnie na co dzień, grozi pewne niebezpieczeństwo. Może im się zacząć wydawać, że nie muszą być uprzejmi dla innych, że wolno im za­bierać głos we wszystkich sprawach, że wszystko im wolno krytykować, zwłaszcza z punktu widzenia czy to jest moralne, czy doskonałe. Ktoś słusznie za­uważył, że wprawdzie znoszenie braku uprzejmości ze strony osób niemiłych jest okazją do zbierania za­sług, ale taką samą okazją mogłoby być uprzejme odnoszenie się do osób niemiłych.

Gdybyś był przekonany o swojej nicości, nie żą­dałbyś, aby się tobą zajmowano i nie byłbyś nieza­dowolony, gdy się nie zajmują. Gdy cię spotka nie­sprawiedliwe osądzenie, powinieneś powiedzieć konsekwentnie: Nic dziwnego! Gdyby nie nieskoń­czone miłosierdzie Boże mieliby rację. Jeżeli przyję­cie tej zasady życia wydaje ci się zbyt górne, znaczy to, że właściwie nie chcesz rozgryźć tego najważ­niejszego problemu między Bogiem a tobą, że wszystko, cokolwiek ma w tobie jakiś ślad istnienia, prawdy i dobra, to wszystko jest tylko od Boga.

Jeżeli wszystkie dobra masz z miłosierdzia Bożego, nie powinieneś nie pytany mówić wcale o sobie, bo co ty masz o sobie powiedzieć? Nie można mó­wić o niczym. Mógłbyś tylko właściwie mówić o mi­łosierdziu Bożym. Jeżeli chciałbyś zacząć mówić o sobie prawdziwie, nie mógłbyś powiedzieć: ja mam, ja zrobiłem itp., a tylko że Pan Bóg mi to dał. To dopiero byłoby konsekwentnie. I tak powinno być. Człowiek, który tylko z trudem mówi o sobie, jest przez ludzi bardzo lubiany!

Nawet niezadowolenie z siebie, z tego, że rzeczy­wiście się nie poprawiasz, może być również na podłożu pychy. Zgódź się z tym, że łaski skutecznej do poprawy udzieli ci Bóg wtedy, gdy On zechce. Jeżeli ci Pan Bóg jeszcze tego nie daje, to nie zna­czy, że nie chciał być dobry, tylko że jest potrzebne, abyś uznał, że nic ci się nie należy i że tylko ty sam jesteś temu winien, że nie jesteś dobry. Gdy to uz­nasz, wtedy Pan Bóg może ci tę łaskę dać bez oba­wy, że ci to zaszkodzi. Jeżeli ciągle jesteś w niebez­pieczeństwie, że to, co otrzymałeś, przypiszesz so­bie, a nie Panu Bogu – nawet, jeżeli chodzi o popra­wę z jakiegoś grzechu – to może lepiej, że ci Pan Bóg czegoś nie daje, bo wyszłoby ci to na złe.

Jeśli przy Bożej pomocy mamy pokusić się o zro­zumienie, na czym polega pokora chrześcijańska, mówmy do Pana Boga w ten sposób:

Pa­nie Boże, przyjmuję do wiadomości, że nie z moje­go rozumu, ale przez objawienie Twoje, na podsta­wie wiary nadprzyrodzonej, iż sam z siebie jestem niczym. Przyjmuję to z miłości do Ciebie. Pragnę uznać, że nic mi się nie należy i chcę to uznać rów­nież z miłości do Ciebie.

Jeżeli dajesz mi coś Ty sam, przyjmuję to z radością.

Jeżeli spodoba Ci się udzielić mi czegoś przez Twoich świętych, pragnę się do nich zwrócić i przy­jąć to od nich, także z miłości do Ciebie.

Jeżeli dajesz mi coś przez dobrych ludzi, chcę Ci, o Boże, przez nich podziękować, okazując im swoją wdzięczność, aby oni tę moją wdzięczność Tobie ofiarowali.

Możesz mi też, o Boże, udzielić czegoś przez mo­ich wrogów, przez tych, którzy mną gardzą, przez tych, którzy mnie kiedyś skrzywdzili. Tym większa okaże się wtedy Twoja chwała. Przyjmując od nich i im okazując wdzięczność, dam im okazję, aby zmniejszyli nienawiść do mnie. A wszystko to chcę zrobić, o Boże, z  miłości do Ciebie.

Nie chcę niczego, co jest Twoim darem umniejszyć, nie chcę niczego przypisać sobie. Nie chcę te­go przywłaszczyć, ale chcę powiększyć Twoją chwa­łę – Twój Syn ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (Flp 2,7), więc i ja chcę się stać do Niego podobny i służyć bliźnim. Ponieważ Jego Matka – choć przeczuwała wielkość łask i darów – chciała być „służebnicą”, pragnę być do niej podob­ny i podobnie postępować z miłości do Ciebie.

Uznaję, o Boże wielkiego Majestatu, że to wszyst­ko nie przychodzi łatwo. Dlatego jest prawdopodob­ne, że o tym wszystkim, co teraz myślałem, wkrótce mogę zapomnieć i wszystkie te dawne pyszne myśli mogą znów nade mną wziąć górę, i to wszystko, co teraz uznaję za prawdę, może mi się wydać czymś niemożliwym do spełnienia, jakby zasadą nieżycio­wą. Żeby się od tego ustrzec, potrzebne mi są upo­korzenia. Powinienem prosić Ciebie, o Boże, o upokorze­nie, jako o jakieś wielkie dobro. Ale grozi mi niebez­pieczeństwo, że gdy mnie ono dotknie, nie przyjmę go z miłością, a będę szukał rzekomej sprawiedli­wości albo pociechy u ludzi, może pociechy we własnych pysznych myślach lub po prostu zgorzk­nieję, zniechęcę się, może też – co jeszcze gorsze – dam posłuch złemu duchowi i zbuntuję się.

To wszystko mogę zrobić o własnych siłach, na­wet wtedy, kiedy chciałbyś mi wyświadczyć naj­większe dobro, dając mi upokorzenie czy to we­wnętrzne, czy też ze strony ludzi.

W tym stanie, o Boże, widząc moją nędzę, mogę się tylko oddać i oddaję się Twemu nieskończone­mu miłosierdziu, aby ono uczyniło ze mną wszyst­ko, co zechce, kiedy zechce, przez kogo chce i jak chce. Jedynie Twoje nieskończone miłosierdzie jest dla mnie skutecznym ratunkiem przed moją własną złością i pychą, przez którą wyrządziłem sobie i in­nym wiele szkody w życiu. Z Twego nieskończonego miłosierdzia pragnę czer­pać dobroć i miłość.

Złudzenie

(nauka wygłoszona wygłoszona 16 września 1979)

 

Nieprzyjemne jest spostrzeżenie własnej pomyłki, zwłaszcza wtedy, gdy wykrywamy ją po dłuższym czasie, albo gdy zwróci nam na nią uwagę osoba druga, albo – jeszcze gorzej – gdy zmusza się nas do jej uznania, podczas gdy my, powodowani wstydem, chętnie byśmy się do niej nie przyznawali. Pomyłkę, która trwa długo, można nazwać złudzeniem. Pojęcie to odnosi się, co prawda, do naszej wyobraźni, to znaczy do władzy poznawczej, uczuciowej, jednak obejmuje i szersze warstwy naszej psychiki.

Teoretycznie pragniemy żyć w prawdzie. Jednak powrót do prawdy (jeżeli się z nią rozminęliśmy) jest nieraz trudny, nieprzyjemny, zwłaszcza wtedy gdy jesteśmy zarozumiali, gdy nam się wydaje, że wszystko wiemy.

Najłatwiej popaść w złudzenie w odniesieniu do zewnętrznego piękna. Starsi ludzie wierzą nieraz w komplementy na temat ich rzekomo młodego wyglądu. Nie zawsze przyjmują prawdę o tym, że nie są piękni, lecz niezaradni, nieporadni, niezgrabni, a może nawet w niektórych sytuacjach brzydcy, że nie umieją się ubrać gustownie itd. Bywa, że obrażają się, zamiast tę prawdę przyjąć. Mają zwyczaj unikania osób mówiących prawdę, a nawet szukają w nich wad. Szukanie braków u innych graniczy przy tym z zazdrością. Człowiek, który nie przyjmuje w pokorze poniżenia, jest rozeźlony na wszystko i w końcu nie wie, co dobre.

Skąd pochodzi złudzenie? Stąd, że sprawy doczesne niesłusznie uważa się za najważniejsze. Jakie jest na to lekarstwo? Chcieć rzeczywiście podobać się Temu, który ma najlepszy gust. I jest najlepszym znawcą prawdziwego piękna, który piękno stworzył i sam w sobie jest pięknem, źródłem wszelkiego piękna i harmonii.

Istnieją też złudzenia w dziedzinie dobra. Polegają one na tym, że za dobro uważa się to, co w gruncie rzeczy jest niedobre albo mniej dobre. Uważa się jakieś dobro trwałe za nieprzemijające albo dobro przemijające za trwałe. Złudzenia kierują nasze wysiłki ku temu, co jest mniej lub pozornie dobre, mniej wartościowe, przemijające, a  wewnętrznie nawet złe. Nieraz nie chce się za żadną  cenę utracić pozornego dobra, które nigdy nie było i nie jest dobrem najwyższym, najlepszym, najpiękniejszym. Tracąc pozorne lub mniej wartościowe dobra, człowiek płacze, czuje się nieszczęśliwy, zawiedziony. Trudno mu uwierzyć w to, że popadł w złudzenie.

Niekiedy wydaje się człowiekowi, że posiadł największe dobro, to jest Boga. Jest przekonany, że Go miłuje ponad wszystko, bo odbywa codziennie swoje pobożne ćwiczenia, uczestniczy we Mszy św. i przyjmuje Komunię św., stara się odprawiać jak najsumienniej spowiedź, wykonywać przepisane (a może samemu narzucone) praktyki religijne, wybrane przez siebie dobre uczynki, na przykład stałe odwiedzanie chorego. Jest zadowolony, bo wydaje mu się, że czyni wszystko sumiennie i dobrze, a więc osiągnął pełnię miłości do Boga. W rzeczywistości jednak żyje w złudzeniu, gdy się okazuje, na przykład, że nie umie przebaczać. Po latach wspomina to, co już kiedyś przebaczył. Poza tym nie wyrzeka się sądzenia innych, a więc prawdziwie nie kocha. Jest w nim wiele objawów pychy ukrytej, a przy tym wydaje mu się, że kocha Boga i nie może bez Niego żyć. Złudzenia dotyczące własnej niewinności powodują, że taki człowiek nie umie dążyć do prawdziwego pojednania się z ludźmi, nie umie pojąć, że jeżeli z serca nie przebaczy, to i Ojciec Niebieski mu nie przebaczy. Złudzenie doprowadza go do ciągłych pretensji wobec Pana Boga o to, że ludzie są niedobrzy, jakby Pan Bóg był temu winien.

Inną dziedziną złudzeń jest prawda. Najbardziej szkodliwe jest złudzenie oparte na przekonaniu, że się jest w prawdzie, gdy się w niej nie jest. Chodzi tu oczywiście o prawdę dotyczącą samego Boga. Nieraz wydaje się człowiekowi, że Pan Bóg zmieni przykazanie i pozwoli mu grzeszyć – zabić dziecko, zmienić męża, żonę, albo popełnić mniejsze przewinienia.

Istnieją również inne dziedziny złudzeń. Należy do nich między innymi pożyczanie pieniędzy i wyobrażanie sobie, że jakoś się je odda, albo wydawanie pieniędzy na rzeczy nie najkonieczniejsze i wyobrażanie sobie, że potem wystarczy jeszcze na wydatki konieczne. To jest wyraźna gra złudzeń.

Największe złudzenia grożą człowiekowi w jego własnym wnętrzu, gdy mniema o sobie samym, że wie o wszystkim lepiej, że jest lepszy od innych, gdy widzi siebie na swego rodzaju piedestale. Wówczas jest przekonany, że jest wewnętrznie jednolity, niezmienny, zna wszystkie zakamarki swoich uczuć. Tymczasem uczucia te zaczynają działać wbrew jego woli, co sprawia, że postępuje zupełnie inaczej niż postanowił. I gdyby inni tak postępowali, to by ich na pewno potępił. Nie umie sobie zdać sprawy z tego, że kogoś krytykuje, chociaż sam tak postępuje jak ten krytykowany. Wskutek ulegania złudzeniu nie wie, co jest naprawdę w jego wnętrzu.

 Czy na te wszystkie złudzenia jest jakieś lekarstwo? Oczywiście. Musimy zdać sobie sprawę z naszej zepsutej natury. Pan Bóg chce nam pomóc ją wyleczyć i chce, abyśmy w tym leczeniu współdziałali. Po to nam się objawił, abyśmy poznali, jaki On jest naprawdę, jakie ma zamiary wobec nas, co chce z nas uczynić. To, że uczynił nas swoimi dziećmi, wiemy z Jego Objawienia, rozum ludzki by tego nie odgadł. Prawda zawarta w przykazaniach, które jasno podają, co jest dobre, a co złe, została nam objawiona w Ewangelii. Oczywiście Ewangelię trzeba przyjąć  w całości, a nie wybierać tego, co się wydaje wzniosłe, szlachetne, a pomijać sprawy trudniejsze, które mi nie odpowiadają. Chrystus uczy nas realizmu. Jest Bogiem-Człowiekiem, a jako Bóg jest Stwórcą. On jest Tym, który przezwyciężył nicość, stworzył coś z nicości. Jego normy współżycia z ludźmi są właśnie lekarstwem przeciwko naszym złudzeniom. Jaką miarą mierzycie, taką wam odmierzą (Mt 7,2), a jeszcze utrzęsioną, ubitą. Gdzieniegdzie dodaje się jeszcze coś do zwykłej miary, zwłaszcza na wsi istnieje taki zwyczaj. Dawniej dodawało się to na tak zwany rozkurz, aby otrzymujący miał raczej więcej niż za mało. Tak też będzie z miarą Bożą. A jak ja mierzę? Powinienem tak mierzyć, jakbym chciał, aby mi wymierzono. Tak czyńcie, jak chcecie, aby wam ludzie czynili. A więc nie sądźcie, nie potępiajcie, pożyczajcie, nie spodziewając się zwrotu pożyczki, od proszącego nie odwracajcie się (por. Łk 6,31-37). Do ludzi odzywajcie się takim tonem, jakim chcielibyście, aby się do was odzywano.

Miłość Chrystusa do Ojca jest nam wzorem miłości. Nie polega ona na przeżywaniu jakiejś przyjemności. My zawsze pragniemy doznawać na pół niebiańskiej przyjemności w miłości do Pana Boga. Tymczasem tu jeszcze nie miejsce na to. Chrystus w swojej miłości do Ojca przede wszystkim składa z siebie ofiarę. Idealnym wskazaniem, by miłość nasza była nieobłudna, byśmy własną ważnością nie zasłaniali ważności Boga, są słowa: … uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych (Mt 11,29). Bo droga wiodąca do prawdy – to miłować i być pokornym. Jeśli nie umiemy być pokornymi, to jednak możemy usiłować być pokornymi.

Nauczyliśmy się bardzo narzekać, oczywiście na innych, bo wydaje się nam, że oni źle postępują. Przy tym nie staramy się tego udowodnić, bo uważamy nasze własne zdanie za oczywiste, a równocześnie nie widzimy, że odpowiadamy za wiele tego zła, które krytykujemy.

Kiedyś, jadąc tramwajem, zwróciłem uwagę na to, że nikt z młodych pasażerów nie ustąpił mi miejsca. Chciałem nawet skrytykować matkę, która usadowiła swoje dzieci na drugim miejscu i powiedzieć jej, że jeśli teraz uczy te dzieci, aby nie ustępowały miejsca starszym, to w przyszłości one też nie ustąpią jej miejsca. Jednakże po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że przecież ja też jestem temu winien, bo właściwie nie powiedziałem nic na ten temat moim parafianom. Więc nie tylko rodzice są złymi wychowawcami, ale ja też. Zatem, w pewnym stopniu, my wszyscy odpowiadamy za zło, które krytykujemy. Obyśmy z naszymi złudzeniami nie rozstali się dopiero w czyśćcu. Uznanie prawdy dopomoże nam do przebycia czyśćca częściowo już tutaj na ziemi. Łatwiej będzie nam zgodzić się z czyśćcem, który Pan Bóg zsyła nam tu, jeśli uznamy, że niesprawiedliwość ze strony ludzi jest łaską ze strony Pana Boga. Dzięki niej mamy możność tu spłacić tańszym kosztem długi, które tam będzie spłacać o wiele trudniej.